Po godzinie 20.00 upał już nieco słabnie. Na rozległej przestrzeni Placu Centralnego można poczuć orzeźwiający powiew wiatru, nowo posadzone drzewa – te sprowadzone z Niemiec – przyjemnie szumią, słychać śpiew ptaków. Wobec fali upałów, która nawiedziła Warszawę, koncert plenerowy to całkiem dobra opcja.
Festiwal na dawnym Placu Defilad odniósł sukces, zanim jeszcze zabrzmiał pierwszy dźwięk – włączyły się w niego, w mniejszym lub większym stopniu, właściwie wszystkie stołeczne instytucje muzyczne, a ściągnięte gwiazdy: Lang Lang, Sonja Jonczewa czy Joyce DiDonato – wzmagały zainteresowanie imprezą. Należy też docenić nagłośnienie – nie było przesterowane, a jednocześnie na tyle wyraziste, że skutecznie zagłuszało (o ile ktoś akurat nie szarżował na motorze) ruch uliczny sąsiednich arterii. Co nie znaczy, że nie ma tu pola do poprawy. Dodatkowe głośniki w połowie czy nawet z tyłu widowni mogłyby zniwelować wrażenie pogłosu. Proporcje brzmieniowe były też wyraźnie przesunięte w stronę basu, co może sprawdza się w muzyce rozrywkowej, ale już niekoniecznie w klasyce. Wiolonczelowy i altówkowy kontrapunkt przesłaniał bowiem temat skrzypiec, a partia fagotu okazywała się głośniejsza od solowego fortepianu.
Nawet w tych warunkach Kate Liu udało się mnie poruszyć. W środkowej części chopinowskiego Koncertu f-moll op. 21 muzyka ani przez moment się nie zatrzymywała. Pianistka świetnie panowała nad czasem, emanowała wewnętrznym spokojem, znajdowała miejsce i na melancholię, i na heroizm. A nade wszystko zespoliła się z Orkiestrą Filharmonii Narodowej prowadzoną przez Krzysztofa Urbańskiego, która współtworzyła nastrój nie tylko w doskonale falujących dynamicznie tremolach. Owszem, w częściach skrajnych pojawiało się może zbyt wiele przydźwięków, a w finale gubiła synchronizacja w akordach, ale wrażliwość solistki rekompensowała te niedostatki z nawiązką. W Dziewiątej Dvořáka dyrygent postawił na absolutną wierność partyturze, wyrugował wszystkie zwyczajowe zmiany agogiczne, a zamiast tego zaoferował wielopłaszczyznową narrację i dialogi różnych artykulacji w tematach. I nawet dałbym się tej propozycji przekonać, gdyby nie zabrakło chwili na oddech przed wejściem fletowego sola w repryzie.
Bassem Akiki w uwerturze do Coriolana Beethovena popadł w drugą skrajność, a za ciągłymi fluktuacjami tempa nie zawsze nadążała Orkiestra Polskiego Radia. Zespół nieźle bawił się za to urywanymi motywami i zestawieniami różnych porządków w Con brio Jörga Widmanna. To cenne, że na tak popularnym wydarzeniu prezentuje się twórczość XXI wieku – nawet jeśli w roli muzyki na czekanie przed występem Lang Langa. Pianista ma za sobą koncerty na stadionach i wie, jak złapać uwagę słuchacza. Otwierającą kwestię w V Koncercie fortepianowym Es-dur op. 73 Beethovena nasycił tyloma odcieniami, że niejednemu starczyłoby ich na cały utwór. Finałowy pasaż wykonał znów z tak olśniewającą wirtuozerią, że chyba onieśmielił orkiestrę. Pomiędzy zdarzyło się jednak trochę niedokładności, przesłodzonego kołysankowego piano i manierycznego opóźniania dźwięków. Najmniej zaskakującym wyborem na drugi bis był zatem Clair de lune Debussy’ego (wcześniej zabrzmiał Mazurek D-dur op. 33 nr 2 Chopina). Jeden z najdłuższych i najgorętszych dni w roku dobiegał końca.
