Pierwsza edycja Centralnego Placu Muzyki od razu pokazała ambicje organizatorów. Program przygotowany wspólnie przez warszawskie instytucje kultury łączył różne gatunki i estetyki – od opery i operetki po musical, koncerty symfoniczne, muzykę filmową i recitale światowych gwiazd. Ich najpełniejszym wyrazem okazała się koncertowa Tosca Pucciniego.
Pogoda nie zamierzała jednak ułatwiać zadania. Wieczór nie przyniósł ulgi po niemal czterdziestostopniowym dniu, a rozgrzana płyta Placu Centralnego jeszcze długo po zachodzie słońca oddawała nagromadzone ciepło. Mimo ekstremalnych warunków organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Kilka punktów wejścia pozwoliło uniknąć kolejek, zadbano o dostęp do wody, a publiczność otrzymała papierowe wachlarze. Dobrze sprawdziło się także nagłośnienie, które zachowało właściwe proporcje między głosami solistów a orkiestrą, co w plenerze nie jest wcale oczywiste. Sprawdziła się również warstwa informacyjna spektaklu – czytelne napisy uzupełnione o didaskalia okazały się znakomitym rozwiązaniem. Dzięki nim także osoby mniej zaznajomione z operą Pucciniego mogły bez trudu śledzić akcję i wyobrazić sobie wydarzenia, których nie pokazywała scena.
Już po kilku minutach łatwo było zapomnieć, że oglądamy koncertową Toskę. Dwoje odtwórców głównych ról – Sonya Yoncheva i Jonathan Tetelman – przyjechało do Warszawy dopiero dzień przed występem, a koncert na Placu Centralnym był ich pierwszym wspólnym występem. Mimo zaledwie jednej wspólnej próby artyści z niezwykłą naturalnością budowali relacje między bohaterami, sprawiając, że brak scenografii i kostiumów szybko przestawał mieć znaczenie. Wystarczyło kilka starannie wykorzystanych rekwizytów – wachlarz markizy Attavanti, sztylet, przepustka wystawiona przez Scarpię i list Cavaradossiego – oraz spojrzenia, gesty i przemyślany ruch sceniczny, by uruchomić wyobraźnię widzów i stworzyć iluzję pełnoprawnego spektaklu.
Najpełniej możliwości koncertowej formuły wykorzystała Sonya Yoncheva. W Warszawie stworzyła Toskę, która od pierwszego aktu przekonywała zarówno jako świadoma swojej pozycji primadonna, jak i kobieta głęboko zakochana w Cavaradossim. Jej zazdrość nie wynikała z kokieterii czy kaprysu, lecz z autentycznego uczucia, dzięki czemu postać pozostawała wiarygodna w każdej scenie. Charakterystyczny, ciemny i nasycony sopran imponował bogactwem barwy, płynnym legato i swobodą prowadzenia frazy, a Vissi d’arte zabrzmiało jak prosta, szczera modlitwa, pozbawiona zbędnego patosu.
Najbardziej poruszające okazały się jednak ostatnie minuty spektaklu. Koncertowa forma pozbawiła ostatnie sceny wielu elementów znanych z inscenizacji – nie było ani samej egzekucji Cavaradossiego, ani jego ciała, ani słynnego skoku Toski z murów Zamku Świętego Anioła. Yoncheva z narastającym napięciem prowadziła widzów od nadziei, że egzekucja była jedynie upozorowana, przez odkrycie tragicznej prawdy, aż po rozpaczliwe O Scarpia, avanti a Dio! i końcowe zastygnięcie w bezruchu. Przez całą tę sekwencję utrzymywała uwagę publiczności wyłącznie swoją sceniczną obecnością, pokazując, jak wiele można wyrazić bez rozbudowanej inscenizacji. To właśnie w tych ostatnich minutach najpełniej ujawniła się jej klasa nie tylko jako śpiewaczki, ale również aktorki.
Jonathan Tetelman imponował tenorowym głosem o pięknej, nośnej barwie i wyjątkowej swobodzie w górnym rejestrze. Już przy pierwszym wejściu z łatwością nawiązał kontakt z publicznością – z uśmiechem poruszył koszulą, dając do zrozumienia, że jemu również doskwiera panujący upał – a sceniczną charyzmę zachował przez cały wieczór. Jego Cavaradossi przekonywał muzykalnością i autentycznymi relacjami z partnerami scenicznymi, zwłaszcza z Sonyą Yonchevą. Charakterystycznym elementem interpretacji Tetelmana było efektowne eksponowanie kulminacyjnych wysokich dźwięków, którym pozwalał długo wybrzmiewać. Publiczność reagowała entuzjastycznie, co nie mogło dziwić. Chwilami można było jednak odnieść wrażenie, że efekt wokalny zaczyna dominować nad dramaturgią. Najbardziej odczuwalne było to w E lucevan le stelle, gdzie zamiast intymnego wyznania człowieka świadomego zbliżającej się śmierci na pierwszy plan wysuwała się efektowność wykonania. Takie prowadzenie frazy szczególnie dobrze sprawdza się podczas koncertów, gdzie każda aria funkcjonuje jako samodzielny utwór. W operze – nawet wykonywanej w wersji koncertowej – pozostaje jednak częścią dramatu.
George Gagnidze od pierwszego wejścia budził respekt jako Scarpia. Jego ciemny, dobrze osadzony baryton nie urzeka aksamitnym brzmieniem, lecz wyrazistością i dramatyczną intensywnością. W przypadku tej postaci właśnie takie brzmienie okazało się największym atutem. Gruziński baryton z dużym wyczuciem stopniował napięcie, nie uciekając się do przesadnej ekspresji. Potrafił być pozornie uprzejmy i opanowany, by za chwilę odsłonić bezwzględność swojego bohatera. Dzięki przekonującemu aktorstwu i scenicznej charyzmie stworzył wiarygodny portret Scarpii.
Muzycznym spoiwem całego wykonania był Bassem Akiki, który poprowadził Sinfonię Varsovię z wyczuciem teatralnego pulsu, konsekwentnie budując napięcie i dbając o równowagę między orkiestrą a solistami. Pod jego batutą orkiestra zachwycała bogactwem barw, wydobywając z partytury Pucciniego subtelności, które nie zawsze wybrzmiewają z taką wyrazistością. Na równie wysokim poziomie zaprezentował się Chór Filharmonii Narodowej, którego zwarte, precyzyjne brzmienie znakomicie dopełniło całość. Wysoki poziom utrzymali również wykonawcy mniejszych partii – Mateusz Hoedt jako Angelotti, Grzegorz Pelutis jako Zakrystian, Szymon Raczkowski jako Sciarrone, Piotr Maciejowski jako Spoletta i Filip Awksijetiuk jako Dozorca więzienny. Choć były to role epizodyczne, wszyscy dobrze wpisali się w wysoki poziom całego wykonania.
Koncertowa Tosca pokazała, że nawet pozbawiona scenografii i teatralnej machiny opera może zachować pełnię swojego dramatycznego oddziaływania. Tego wieczoru wystarczyły muzyka Pucciniego, znakomici wykonawcy i aktorska wyobraźnia, aby stworzyć spektakl, który ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia jedynie koncertowego wykonania.
