Historią Polski można się dobrze zabawić! Udowadniamy to w musicalu „Bitwa o tron” o królach elekcyjnych Rzeczpospolitej. Spektakl jest utrzymany w konwencji telewizyjnych programów typu talent show. Każdy z władców występuje z przebojową piosenką, w której przedstawia swoje życie i dokonania. Piosenki bywają skomponowane w stylistykach charakterystycznych dla krajów, z których pochodzili królowie. I tak Zygmunt III ze szwedzkiej dynastii Wazów śpiewa utwór nawiązujący do Abby, a August II Mocny z niemieckiej Saksonii łączy metalowe brzmienia bliskie zespołowi Rammstein oraz barokową arię. W finale spektaklu – jak w konkursie Eurowizja – to widownia w głosowaniu wybiera najfajniejszego króla i najlepszą piosenkę!
Bitwa o Tron
Czy to przypadek, że pierwszym polskim królem elekcyjnym został kandydat najładniejszy? Wybory to show, targowisko obietnic i konkurs piękności. Trzeba przebić konkurentów, wygrać walkę na atrakcyjność, dać popis. Są jak festiwal, w którym o wygranej decyduje publiczność.
To polityczna Eurowizja.
Co by było, gdyby w takim festiwalu wystartowali nasi historyczni władcy elekcyjni? Gdyby zgromadzić ich na jednej scenie i kazać walczyć o uznanie widzów? Gdyby każdy zaśpiewał jeden numer, w którym musiałby zabłysnąć tak, by zepchnąć w cień pozostałych? Tak postawione pytanie niesie ze sobą konsekwencje. Skoro królowie mają pojedynkować się na atrakcyjność, to zniknąć musi nasza publicystyczna tendencja do wyzłośliwiania się nad postaciami historycznymi.
Nie myślmy więc o Henryku Walezym jako o wiarołomnym małżonku, który porzucił nas tuż po nocy poślubnej, ale skupmy się na jego ekscentryczności i androgenicznym powabie. Batory niech będzie herosem z wampirycznej Transylwanii, a Zygmunta III doceńmy za rozsądek, warszawskość i… talenty artystyczne. Pokochajmy Władysława IV za to, że był swojakiem, spójrzmy z podziwem na Jana Kazimierza, jak feniks z popiołów odradzającego się po kolejnych klęskach. Pokochajmy Polskę jak Sobieski Marysieńkę, a August Mocny niech zaimponuje nam spłodzonymi przez siebie 365 dziećmi. W Stanisławie Poniatowskim dostrzeżmy polską wersję słodko-gorzkiego awanturnika Casanovy.
Potrzebujemy jeszcze jury – zaprośmy do niego matki, żony, siostry i kochanki królów. Najlepiej cudzoziemki, żeby zapewnić właściwy dystans: Bonę, Annę Wazównę, Marysieńkę i Katarzynę Wielką. A jako konferansjerów dodajmy siedemnastowiecznych showmanów Piotra Skargę i Augustyna Kordeckiego.
Taki jest nasz syreni przepis na musicalowy elekcyjny talent show.
Na koniec refleksja: demokracja to zabawa całkiem niezła, ale i niebezpieczna. Jak śpiewają tuż przed finałem nasi Ojcowie Prowadzący: „Mamy się czym, rodacy, trapić: zagłosujesz źle – zniknie Polska z mapy”.
Jacek Mikołajczyk

